Rzadko która filmowa saga może poszczycić się taką rzeszą wiernych fanów, jak „Gwiezdne wojny”. Kolejna część kosmicznej historii – „Ostatni Jedi” – wkroczyła właśnie na ekrany kin.

Dawno temu, w odległej galaktyce... garstka członków ruchu oporu po raz kolejny stawić musi czoła siłom zła, reprezentowanym przez Najwyższy Porządek (pełniący rolę następcy znienawidzonego Imperium). „Ostatni Jedi” stanowi bezpośrednią kontynuację „Przebudzenia mocy” sprzed 2 lat. I tak, jak „Przebudzenie...” krytykowane było za wtórność i słabą fabułę, tak i tu twórcy nie ustrzegli się tych dwóch zaniedbań.

„Ostatni Jedi” rozwija wątek Rey, pragnącej pobierać nauki od legendarnego Luke'a Skywalkera, oraz Bena Solo (Kylo Rena), który stanął po ciemnej stronie mocy. Ich skomplikowana relacja rozwija się na tle heroicznej i wielopoziomowej walki, jaką toczą siły Ruchu Oporu o utrzymanie ostatniego krążownika. Prócz stosunkowo nowych postaci, na ekranach zobaczymy także „kultowych” już bohaterów: księżniczkę Leię, mistrza Yodę, Chewbaccę, droida C-3PO czy robota R2-D2. Ta mnogość wątków nie wychodzi jednak filmowi na dobre – do scenariusza wkrada się chaos, a wśród bohaterów trudno poszukiwać tych, obdarzonych prawdziwą charyzmą.

Na ostatnich częściach „Gwiezdnych wojen” wyraźnie widać piętno wytwórni Disneya. To produkcje stworzone z myślą o masowym odbiorcy, w tym młodzieży. Trudno nie odnieść wrażenia, że cykl ten zbacza na tory utarte przez kino superbohaterskie ze średniej półki: z jego widowiskowością, ale i płytką fabułą. Podobnie, jak w produkcjach z uniwersum Marvela, tak i w „Ostatnim Jedi” sporo jest humoru i spektakularnych scen walki, mniej natomiast klimatu charakterystycznego dla „klasycznych” filmów „Star Wars”. „Ostatniego Jedi” ogląda się co prawda dość przyjemnie (z wyjątkiem kilku scen, które nie tylko łamią zasady fizyki, ale i prześlizgują się po granicy kiczu), ale jest to przede wszystkim zasługa dobrego aktorstwa Marka Hamilla czy Carrie Fisher, ciekawych efektów specjalnych i pięknych zdjęć.

„Ostatni Jedi” z pewnością nie będzie filmem pointującym sagę, nie może w żaden sposób być również jej wizytówką. Dla fanów serii to jednak i tak pozycja obowiązkowa – nawet jeśli nie będą nią zachwyceni.

Ocena:  6/10








Barbara Englender