Spektakularne efekty specjalne i sceny walk w futurystycznej przestrzeni – to wszystko oferuje druga część filmu „Pacific Rim”. Niestety, poza tą wizualną otoczką w najnowszym obrazie Stevena S. DeKinghta nie znajdziemy praktycznie niczego więcej.

„Pacific Rim 2 skupi się na bohaterach i fabule, a nie na efektach specjalnych” – donosiły media przed premierą. Jeśli faktycznie takie było zamierzenie twórców, to podczas produkcji tego sequelu coś poszło wyraźnie nie po ich myśli. Jak się okazuje, „Pacific Rim: Rebelia” to film bazujący na zasadzie całkowicie przeciwstawnej. Bardzo prostą, wręcz szczątkową fabułę, słabe dialogi i całkowicie papierowe postaci ukrywa się tu za lawiną efektownych zniszczeń i wybuchów. Za odstąpieniem od pierwotnej koncepcji prawdopodobnie w dużej mierze stoi zmiana reżysera. Guillermo del Toro – twórca pierwszej części serii – zrezygnował z udziału w projekcie, by skupić się na produkcji „Kształtu wody”. Dla reżysera była to decyzja ze wszech miar słuszna, czego dowodem mogą być wyniki tegorocznych Oscarów. Fanów „Pacific Rim” może natomiast czekać potężne rozczarowanie...

Akcja „Rebelii” rozgrywa się 10 lat po zakończeniu wojny z olbrzymimi potworami, zwanymi „Kaiju”. Wykorzystywane wówczas do walki „Jaegery” – gigantyczne roboty, obsługiwane przez pary wysoko wyspecjalizowanych pilotów – odeszły w zapomnienie. Przeskok czasowy zastosowany w filmie pozwala nie tylko wykreować pozornie odmienną rzeczywistość, ale i przedstawić zupełnie nowych bohaterów. Należy do nich nastoletnia Amara (w tej roli Cailee Spaeny), która w hangarze na odludziu na własną rękę próbuje budować zakazane maszyny, oraz Jake Pentacost (John Boyega) – syn znanego z pierwszej części „Pacific Rim” heroicznego pilota. Ten ostatni to typowy „bohater mimo woli”. Obdarzony znacznymi zdolnościami rezygnuje z kariery wojskowej i wybiera życie w półświatku, utrzymując się z kradzieży części zużytych „Jaegerów”. Oczywiście, siły dobra się o niego upomną, a on sam – chcąc czy nie chcąc – będzie musiał uratować świat...

Sposób konstrukcji filmu – rozpoczynającego się krótkim streszczeniem poprzedniej części i zarysowaniem nowej sytuacji – sprawia, że można oglądać go bez znajomości produkcji z 2013 roku. Choć początkowo „Pacific Rim: Rebelia” intryguje całkiem ciekawie zarysowaną postapokaliptyczną wizją, to jednak dość szybko zmienia się ona w bezmyślną „rąbankę”, której cel jest tylko jeden: zniszczyć wrogów, nie bacząc na powstałe szkody. Sceny walk „Jaegerów” z potworami to jedyny tak naprawdę dopracowany element drugiej części „Pacific Rim”. Poszczególne potyczki trzymają niezłe tempo, a efekty specjalne w nich zastosowane robią wrażenie (choć nie prezentują niczego nowatorskiego), zwłaszcza w wersji 3D. Seans trójwymiarowy warto wybrać również z innego względu – tylko taka wersja dostępna jest z napisami, a polski dubbing wykorzystywany podczas klasycznych pokazów wyraźnie kuleje.

Kuleje również, niestety, fabuła. Schemat goni tu schemat, a część rozwiązań wydaje się pozbawiona logiki. Scenariusz filmu sprawia wrażenie napisanego na kolanie, a sytuacji nie poprawiają wprowadzone na siłę motywujące teksty, mówiące o przyjaźni czy braterstwie (nawet jeśli bywają one ujęte w ironiczny cudzysłów). Ta naiwność fabuły nie zostaje zrównoważona – jak to w przypadku tego gatunku bywa – lekkością czy humorem. Kiepski scenariusz decyduje również o tym, że praktycznie żadna z postaci, zaprezentowanych w nowej odsłonie „Pacific Rim”, nie zapada w pamięć. Aktorzy wcielający się w role główne nie popełniają co prawda większych błędów (zwłaszcza Cailee Spaeny dwoi się i troi), jednak w tym filmie, w zasadzie, nie ma czego grać...

„Pacific Rim” to niekończąca się potyczka między gigantycznymi potworami a ludźmi, posługującymi się równie wielkimi robotami. Od strony wizualnej film przygotowany jest poprawnie, jednak same efekty specjalne nie są w stanie utrzymać napięcia dłużej niż przez kilka scen. Wyłącznie dla fanów gatunku.


Ocena:  5/10









Barbara Englender